Dynasteia sezony I-III Strona Główna
Regulamin Dynastie Mapy Cennik FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy Rejestracja Zaloguj

Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości


Poprzedni temat «» Następny temat
Wydarzenia - Reszta Świata
Autor Wiadomość
Witold 
Cesarz


Gadu-gadu: 9558913
Dynastia: Dyktator Dynii
Posty: 4588
Wysłany: 13-03-2010, 09:22   




1724

Kurlandzki powrót do Gambii, za panowania Fryderyka III Wilhelma Kettlera zakończył się spektakularnym sukcesem, głównie dzięki doskonałemu wyczuciu czasu przez władcę niewielkiego bałtyckiego księstwa. Kolonia w szybkim czasie zasiedliła się przybyłymi na licznych okrętach osadnikami ze zniszczonych w czasie wojny północnej miast, miasteczek i wsi. Pomocnym elementem okazał się również niezwykle przyjazny stosunek Niemców Bałtyckich do gambijskich tubylców - było to wielką zmianą po latach wyzysku ze strony poprzednich, brytyjskich, władców. Przyjaźn ta okazała się być również przydatna w utrzymaniu porządku w kolonii - nowi zwierzchnicy wpadli bowiem na pomysł rekrutacji wojska złożonego z tamtejszej ludności czarnej i dzięki powiązaniom z lokalnymi kacykami najlepsi z nich zostali zaciągnięci do nowo-sformowanych jednostek.

    Targowisko w Fort Jakob było tego dnia nadzwyczaj zaludnione elementem pragnącym dokonywać mało skomplikowanych transakcji handlowych - tak pieniężnych, jak i barterowych. Doskonała pogoda sprzyjała kupcom, więcej czasu mogli oni spędzać na swoich stoiskach, mieli również więcej klientów, których niebieskie połacie firmamentu zachęcały do opuszczania domostw, siedzib, lub urzędów. Wśród nich byli również ci, którym dane było cieszyć się specjalnymi przywilejami handlowymi - wysłani przez gubernatora oficerowie mający za zadanie dokonać zakupu materiału ludzkiego, mającego służyć w powstających właśnie oddziałach wojskowych. Pewnym krokiem przeszli oni przez cały obszar targowiska, minęli kilkukrotnie grupę pijanych cuchnących Żmudzinów, którzy w Gambii znaleźli się najprawdopodobniej przypadkowo, będąc sprzedanymi na okręty po jakiejś suto zakrapianej biesiadzie i w końcu dotarli do celu - targu niewolników. Rozkaz, który przyszedł z góry był jasny i klarowny - brać najlepszych, najsprawniejszych, najsilniejszych i najzdrowszych osobników - takich potrzebuje wojsko. Po krótkich oględzinach dostępnego towaru, znaleziono takich, którzy spełniali stawiane przed nimi wymagania.

    - Tych o bierzemy z nami - powiedział pewnym i twardym głosem kurlandzki oficer.
    - Dobrze, dobrze, to doskonały wybór - odpowiedział mu handlarz zacierając ręce na samą myśl o zysku jaki go czeka. Ot, miał marzenia, zamierzał poszerzyć swój biznes, zacząć sprzedawać większe grupy, a ostatecznie zmonopolizować cały rynek w Gambii... - Należy się...
    - Nic się nie należy - przerwał mu oficer - Działamy z upoważnienia Księcia Kurlandii i Semigalii, przeprowadzamy w ten sposób pobór do wojska kolonialnego. Po tych słowach przedstawił kupcowi odpowiednie dokumenty. W tym momencie wielkie plany i marzenia sprzedawcy rozpłynęły się jak litr spirytusu w beczce wody - nie pozostało po nich nic.
    - Ale dlaczego? - zapytał, licząc sam nie wiedząc na co.
    - Taki jest rozkaz z góry i my rozkazy wykonujemy, dobrze by było, gdybyś i Ty to uczynił.
    - Trudno... Skoro taka wola Księcia... - handlarz pozornie dał za wygraną. Gdy jednak odeszli wystarczająco daleko, głośno ich przeklinał, wyzywając od najgorszych wyzyskiwaczy, oraz oskarżając ich o zniszczenie biznesu całego życia.

    Jak się później okazało interes przetrwał, lecz podobne sceny rozgrywały się we wszystkich miejscach handlu niewolnikami. Dzięki sprawności działania kurlandzkiej administracji w krótkim czasie udało się zebrać wystarczającą ilość ludzi nadających się do służby w nowych i lśniących regimentach. Przed Kurlandczykami pozostawał ostatni etap - wyszkolenie i przygotowanie murzynów do walki. Podobno miało to być niezwykle łatwe...

Niestety, po efektownej akcji zebrania materiału ludzkiego okazało się, że ów materiał do służby wojskowej się zupełnie nie nadaje - murzyni na odgłos wystrzałów krzyczeli, padali na ziemię, ogólnie rzecz ujmując - przyzwyczaić się do tych jakże dzikich dźwięków nie mogli. Oczywiście spotykała ich za to znana od tysięcy lat kara - chłosta. Trwało to wiele dni, aż w końcu postanowiono zaryzykować i dano im do ręki broń. Przez kolejne tygodnie znów powtarzały się znane sceny, znów kończyło się to chłostą, a instruktorzy dostawali szewskiej pasji. Dopiero kilku miesiącach udało się - z ogromnym trudem i poświęceniem - wyszkolić niewielki oddział w sile 500 ludzi. Jak się jednak okazało - radość była przedwczesna - pewnej nocy oddział ów wymordował strażników i oddalił się z miejsca zdarzenia - słuch po nich zaginął. Na pocieszenie dla instruktorów dodać można, że zrobili to w zgodzie z tym, czego ich przez długie miesiące uczono - a więc ich praca nie była całkowicie pozbawioną efektów. Pozostaje jednak pytanie - dlaczego to zrobili?

Błąd leżał, jak się okazuje, w procesie selekcji. Fakt, że wybierani byli ci, którzy wyglądali na najzdrowszych i najsilniejszych nie oznaczał bowiem, że pochodzili oni z najniższych warstw. Jak się okazało - było wprost przeciwnie. Należeli oni głównie do warstwy arystokracji, a konkretniej tej części, która przegrywała spory w plemionach i w ramach kary trafiała na targ, byli to także książęta z licznego rodzeństwa, bądź również szlachetni wojownicy, którzy swoimi czynami podpadli panom i zostali zdegradowani do roli niewolników na sprzedaż. Owe ekscesy będą zapewne musiały zmusić Księcia Kurlandii, jak i całą kurlandzką administrację w Gambii do zmiany swoich planów. Być może spowoduje to, że do kolonii ściągnięte zostaną wojska z metropolii, bądź rolę wojska przejmą oddziały lokalnych mudżahedinów.
_________________
  Obóz polityczny: Jakobini Monarchia: absolutna Wyznanie: protestantyzm
 
Skryba 
Big Bad Burrito


Gadu-gadu: 6829904
Dynastia: Petrusowicze
Posty: 3020
Wysłany: 13-03-2010, 12:41   



1724

Ernst August von Sachsen-Weimar w rozpaczy po utracie swojej miłości namówił dwóch awanturniczych oficerów - Konstantina von Stetten-Weil oraz Ericha Kurta von Handzel do wyprawy w głąb Afryki. Ponieważ nie byli oni zbyt odpowiedzialni na rozkaz Augusta Ferdinanda von Pflugk wyruszył z nimi także rozsądny i doświadczony pułkownik - Wolfgang Friedrich von Bukke. W Amsterdamie wynajęto 200 muszkieterów i fizylierów aby chronili tę wyprawę i cała grupa wraz z niewielką, bo zaledwie dwufuntową armatką "Małą Bertą" wsiadła do wynajętych okrętów i popłynęła w kierunku Gambii.

Po dotarciu na miejsce Ernst wynajął kilka łodzi rzecznych, a także wielu tragarzy, ale nie tylko. Przemyślał swoją wyprawę dogłębnie i ponieważ czuł, że mogą być potrzebni wynajął także tłumaczy znających języki plemion dorzecza Gambii. Postanowił też wynająć kilku kartografów, a nadto rozmówił się z zarządcą kolonii dzięki czemu jego wyprawa została dołączona do kolonizujących Kurlandczyków. Przezornie wziął ze sobą także wiele różnego rodzaju upominków, bezwartościowych dla Europejczyka, cennych dla wodzów plemion afrykańskich. Problem pojawił się już na początku, gdyż po załadowaniu się na łodzie rzeczne okazało się, że jest ich niewystarczająco dużo, a kolejnych wynająć się nie dało. To spowodowało, że trzeba było zostawić w Gambii część zapasów i towarów.

Kiedy wyprawa odłączyła się już od Kurlandczyków, popłynęła zgodnie z planem w północną odnogę rzeki. Tłumacze okazali się przydatni, jednak nie dali możliwości kontaktu ze wszystkimi napotkanymi plemionami, gdyż jak to w Afryce bywa co kilka kilometrów mieszka inne plemię, mówiące innym językiem niż poprzednie. Mimo tych trudności Sasi namawiają do wyprawy 140 tubylców, jednak lokalny wódz zażądał za nich sporo upominków. Na skutek tej transakcji zapasy podarków znacznie się uszczupliły i pojawiło się problem co dawać kolejnym plemionom. Ponadto członkowie tego towarzyszyli wyprawie jedynie do granic swojego terytorium, dalej zaś pozostawili białych samych sobie. Ernst August chciał dotrzeć do państw-miast dorzecza Nigru jednak tropikalna choroba szybko zweryfikowała jego plany, gdyż zmarło 3 z 4 kartografów, zaś ostatni żywy był chory i niezbyt doświadczony, ale jakoś spełniał swoje obowiązki. Sasi wolno posuwali się naprzód prowadzeni przez coraz to nowych przewodników z kolejnych plemion, jednak absolutnie kończyły się im już paciorki.

Pewnego dnia wyprawa szła spokojne nieopodal rzeki prowadzona przez członków napotkanego dzień wcześniej plemienia, którzy mówili językiem zrozumiałym dla tłumaczy, Ernst August nie spodziewał się niczego, maszerował więc sobie swobodnie, przeciągając rzeką statki dla których w tym miejscu było za płytko. Tylko dzięki obecności zapobiegawczego von Bukke nie doszło do masakry. Ten bowiem rozkazał żołnierzom, aby część z nich zawsze była w gotowości, a także żeby armatka była gotowa do szybkiego rozstawienia i strzału. Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia z pobliskich krzaków wyleciało wiele strzał i dzid, które trafiły kilku żołnierzy, a także przewodników. Ochrona wyprawy była jednak na to gotowa, muszkieterzy i fizylierzy szybko ustawili się w szeregi i oddali strzał, a po nich głos dała Mała Berta co odstraszyło natychmiast napastników. Okazało się, że byli to wrogowie przewodników Sasów i jednoznacznie dało pułkownikowi von Bukke do wiadomości, że z dziwnego zjawiska stali się wrogami okolicznej ludności.

Wyprawa nie dotarła do celu swojego przeznaczenia, gdyż co jakiś czas nękały ją wrogie wyprawy tubylców, a straty okazywały się coraz bardziej dotkliwe. Dodatkowo podróżników trapiły choroby, na które nie znano sposobów. Ostatecznie podjęto decyzję o odwrocie i tak po trzech latach od wyruszenia Sasi powrócili do Gambii. Powrócili zdziesiątkowani i chorzy, zmęczeni i bez żadnych istotniejszych towarów, a także bez nawiązania cennych kontaktów handlowych. Posiadali skrzynię z mapami, która jednak w czasie jednej z potyczek wpadła do rwącej rzeki i zaginęła na zawsze. Wyprawa nie zakończyła się więc żadnym sukcesem, a przyniosła koszta. Pewne jest jednak, że dała Niemcom sporo doświadczenia, które może się przydać w przyszłości.
_________________
Life's like a movie, Write your own ending, Keep believing, Keep pretending
  Obóz polityczny: piwny Monarchia: absolutna Wyznanie: inne chrześcijańskie
 
Witold 
Cesarz


Gadu-gadu: 9558913
Dynastia: Dyktator Dynii
Posty: 4588
Wysłany: 13-03-2010, 20:54   



1724

Socotra


Rozwój kolonialny niewielkiej Kurlandii niejednego zaskakiwał. Ten europejski kraj posiadał już kolonie po jednej stronie Afryki, niedawno zaś wydzierżawił od Sułtana Mahra wyspę Sokotrę na 10 lat. Natychmiast książę Kettler wysłał liczącą niemal 1200 ludzi wyprawę na wyspę, jednak zanim ta dopłynęła, bowiem opłynięcie Afryki trwa dłuższą chwilkę, na wyspie doszło do zamieszek spowodowanych wieścią o białych, którzy mieli przejąć wyspę. Ta miała już w swojej historii europejskich władców, a byli nimi Portugalczycy, których nie wspominano zbyt dobrze.

Zamieszki rozpoczęły się niespodziewanie i z dużą siłą, ponieważ póki co żadni biali nie przybyli, tłum ruszył na siedzibę Sułtańskiej administracji i lokalnych urzędników. Szybko rozprawiono się z nielicznym garnizonem, który stacjonował w byłych portugalskich koszarach. Dzięki temu buntownicy zdobyli mnóstwo w miarę przestarzałej broni (i mimo tego przeważała broń biała) i oczekiwali na Kurlandczyków, żeby stawić im czoła. Wkrótce w okolice wyspy zawinęła flotylla Omanu, która postanowiła dobraćjeszcze zapasów wody pitnej i admirałowie zdecydowali o zakupieniu jej właśnie na Sokatrze. Kiedy jednak przybili do brzegu, dowiedzieli się o problemach mieszkańców i postanowili zostawić część swoich żołnierzy aby wesprzeć bunt przeciwko europejczykom, zwłaszcza, że Oman był w konflikcie z Portugalią - też białą.

Wieści, zwłaszcza te złe, jak powszechnie wiadomo rozchodzą się bardzo szybko. Nie inaczej stało się tym razem i zanim Kurlandczycy byli w połowie drogi usłyszeli o zamieszkach i dowiedzieli się co dzieje się na wyspie (dotarła do flota niewielka łódź z ambasadorami z Sułtanatu). Szybko też otrzymali wiadomość, że mają przywrócić porządek na nowej ziemi pod władzą Kettlerów. Jednocześnie jednak zabroniono dowódcom wdawać się w walkę. Rozkazy te okazały się trudne do wykonania, a prawdopodobnie nawet niemożliwe, dlatego też Kurlandzcy generałowie podjęli decyzję o zajęciu głównej osady na wyspie i zaprowadzenia ładu siłą. Kiedy tylko europejczycy rozbijali swoje obozy i przygotowywali się do odpoczynku nastąpił intensywny atak muzułmanów. Co zaś się tyczy flotylli Omanu, ta rozminęła się z Kurlandczykami

Tymczasem bitwa o wyspę (a raczej osadę) była nierówna od samego początku, o ile Kurlandczycy byli dużo lepiej wyszkoleni i wyposażeni, to jedna tubylcy byli znacznie liczniejsi, lepiej znali wyspę, a nadto wspierały ich regularne jednostki Omanu. Po trwającym kilka godzin starciu liczebność i desperacja tubylców przeważyła jednak szalę, a walka, która przerodziła się w dziesiątki pomniejszych starć dobiegła końca. Walkę przeżyło nieco ponad 200 Kurlandczyków, wśród których było wielu rannych. Kolejne trzy setki ewakuowały się na okręty i zamierzały powrócić do Ojczyzny. Admirałowie kiedy dowiedzieli się o całej sytuacji ostrzelali brzeg kilkoma salwami, jednak niewiele więcej mogli zrobić. Po opowieściach o okropieństwach, które działy się na wyspie odmówili wsparcia piechoty marynarzami i następnego dnia skoro świt flota odpłynęła prawdopodobnie w kierunku odległych posiadłości kurlandzkich. Rannych i wziętych w niewolę pozostawiono własnemu losowi. Wyspiarze tymczasem ogłosili swój akces do Omanu....
_________________
  Obóz polityczny: Jakobini Monarchia: absolutna Wyznanie: protestantyzm
 
Skryba 
Big Bad Burrito


Gadu-gadu: 6829904
Dynastia: Petrusowicze
Posty: 3020
Wysłany: 25-03-2010, 19:19   

1726



Południe ameryki południowej, na terenach Chile i Argentyny zamieszkują Araukanie, sami o sobie mówiący "Mapuche". Ten wielki ale nie mający zbytniego poczucia jedności lud od od wieków bronił się przed zakusami Inków i Hiszpanów i zahartował się w bojach nie pozwalając ani jednym ani drugim narzucić im swego jarzma. Największy konflikt jaki miał miejsce z konkwistadorami to Wojna Araukańska, gdzie cały lud Mapuche zjednoczył się w walce przeciw białym przybyszom chcącym rozwinąć swoją władzę na południe kontynentu i blisko 100 tysięcy wojowników pod wodzą takich bohaterów jak Caupolican, Colo-Colo, czy Butapichón, wraz z posiłkami plemion Pehuenche, Pecunche i Huilliche walczyło z agresorem. Od 1536 roku trwały walki w których górą byli nieliczni ale górujący nad indianami uzbrojeniem - Hiszpanie którym udało narzucić swa władzę w południowym Chile i Argentynie. Dopiero w czasie pierwszego zrywu o wolność pod Tucapel w 1553 Mapuche wyrżnęli kompanię konkwistadorów wspartą paroma tysiącami Yanaconas, a powtórzenie tego wyczynu w rok później pod Marihuenu oznaczało że bitny lud z południa nauczył się walczyć przeciwko białym. Mimo to przewaga w uzbrojeniu Hiszpanów była straszna i kilka zwycięstw nie powstrzymało wielu klęsk, choć niejeden europejczyk nie wrócił do domu tak gubernator Chile jak Martín García Ónez de Loyola, zabity pod Curalaba, determinacja dzielnych Mapuche doprowadziła jednak po kilkudziesięciu latach do zniszczenia wszystkich miast hiszpańskich na terenach plemienia na południe od rzeki Bio-Bio. W zrywie indian z przełomy XVI i XVII wieku obruciły się w ruiny: Santa Cruz de Coya, Santa María la Blanca de Valdivia, San Andrés de Los Infantes, La Imperial, Santa María Magdalena de Villa Rica, San Mateo de Osorno, and San Felipe de Araucan. Stało się to po blisko 70 latach walk i trzech wielkich powstaniach Arakanów.

Hiszpanie mimo porażki nie zaprzestali myśli o podporządkowaniu sobie tych rejonów i powoli odbudowywali siły i prowadzili działania wojenne w różnym natężeniu az do 1641 gdzie zmuszeni byli do uznania niepodległości Mapuche w traktacie z Quilin. Zdecydowali się też zniszczyć swój fort Angol, za zwolnienie jeńców i wpuszczenie misjonarzy na terytorium Arakaun. Traktat ratyfikowany przez Filipa IV w 1643 roku oznaczał suwerenność bitnego narodu. Niestety Ambicje jednego z kolejnych gubernatorów Chile, Alonso de Figueroa y Córdoby, doprowadziły do kolejnych walk i kolejnego (czwartego) powstania Mapuche w 1655 zakończonego dopiero układami w Malloco prowadzonymi przez gubernatora Juana Henríqueza de Villalobos, które doprowadziły do teoretycznej zwierzchności Hiszpanii nad Mapuche i określiły zasady ich "cywilizowania". Mapuche chwycili za broń przeciw "praktyce" stosowania umowy już w 1672, jednak powstanie szybko upadło i wydawać by się mogło że Król Hiszpanii w końcu będzie miał spokój z południową częścią kontynentu.
Nic bardziej mylnego. w 1694 Antonio Pedreros będący komisarzem do spraw indian zaczął prowadzić na ziemiach Mapuche brutalną kampanię przeciw szamanom plemiennym. Izolował ich, więził, wykorzeniał z osad Arakaun... efektem tego indianie znów (po raz szósty) wywołali powstanie. Wielka armia króla wysłana na Mapuche i pomyślne układy w Choque-Choque potępiające działania zabitego w ogniu walk Antonio Pedrerosa, zaprowadziły w końcu trwały spokój.

... aż do dziś.

Hiszpanie coraz częściej budowali umocnione placówki na terenach Mapuche, a ich urzędnicy coraz nachalniej promowali 'cywilizację'. Do tego misjonarze po kilkudziesięciu latach spokoju też słowo boże głosili głośno, wyraźnie i napastliwe w stosunku do szamanów wierzeń Arakuan. Indianie w 1722 obrali wodza wojennego wszystkich szczepów Mapuche: Toqui a został nim charyzmatyczny, odważny i mający wielkie poważanie wśród ludu: Villumilla.
Jesienią 1723 roku Villumila i jego armia wystąpił przeciw Hiszpanom i spalił fort Tucapel, a na wieść o ogromie wściekłych i bojowo nastawionych Mapuche, garnizon fortu Arauco opuścił swoje pozycje spalając umocnienia i wycofując się na północ. Villumilla działa błyskawicznie i z precyzją znamionującą dobrego stratega. Nie dopuszcza do bezsensownych rzezi i ostrzega wpierw misjonarzy i nielicznych kolonistów przed atakiem, by zdążyli uciec na północ. Panika niesie się wraz z uciekinierami, tym bardziej ze wielu misjonarzy i urzędników króla Karola, którzy pomimo gróźb postanowili zostać na terenach indian, przekonało się iż wódz nie żartował i ostrzeżenia były poważne, a krew polała się strumieniem. Vilumilla maszeruje na fort Purén, a jeżeli go zdobędzie może pokusić się o ruszenie na Concepción. Coraz więcej Mapuche dołącza do jego sił, a plotki głoszą, że Toqui prowadzi rozmowy z wodzami sąsiednich plemion.
Dla Hiszpanów to dalszy ciąg blisko dwóch wieków walk z niepokornym plemieniem walecznych Mapuche i na pewno nie będzie tak łatwo jak jeszcze w XVI wieku, lub w drugiej połowie XVII. Aracuanie coraz częściej używają broni palnej, świetnie opanowali jazdę konną, a wśród nich jest wielu kreolów. Również sposób prowadzenia wojny jest wielce kłopotliwy, bowiem Mapuche wykształcili własny sposób walk nazywany Malón , polega on na błyskawicznych atakach z zasadzki na nie spodziewającego się nic przeciwnika i szybkim wycofaniu się po nagrabieniu dóbr/zabiciu jak największej liczby wrogów zanim ci otrząsną się z zaskoczenia.. W połączeniu ze świetna znajomością terenu, Gubernator Chile może mieć spory problem z uspokojeniem powstania.
_________________
Life's like a movie, Write your own ending, Keep believing, Keep pretending
  Obóz polityczny: piwny Monarchia: absolutna Wyznanie: inne chrześcijańskie
 
Skryba 
Big Bad Burrito


Gadu-gadu: 6829904
Dynastia: Petrusowicze
Posty: 3020
Wysłany: 25-03-2010, 19:33   

1726, Pogranicze między Imperiami Maratów i Wielkich Mogołów



Niewielkie ognisko oświetlało skupione twarze zgromadzony. Siedzący na tobołku sotha właśnie kończył opowieść, o powstaniu Imperium Maratów. Byłą to złożona, barwna opowieść o wojnie i chwale. Hindus opowiadał spokojnym, wyrobionym głosem podkreślanym umiejętnym wykorzystaniem zapalonej lulki tytoniu, obłoków wydmuchiwanego dymu, ekspresyjnych gestów i gardłowych efektów dźwiękowych.
Sotha przywoływał obrazy z niedalekiej przeszłości, których niektórzy pamiętali jeszcze ze swojego wczesnego dzieciństwa. Opowiadał jak Śiwadźi Bhosle wyzwolił Maratów spod władzy muzułmanów, obalając potężnego Sułtana Bidżampuru. Malował rozległe panoramy pól bitewnych Kolhapuru i Vishalgarh epicki szturm na Panhalę i wiele innych zwycięstw znakomitego wodza. Mimo, że wszyscy doskonale znali tą historię, powtarzaną i upiększaną przez ostanie 50 lat, od kiedy stała się nie tylko elementem tradycji, ale prawie epopeją narodową, jednak nikt nie przerywał, a wszyscy słuchali w nabożnym skupieniu. Tak naprawdę była to opowieść o zmaganiu dwóch sił, walczących o rząd dusz na półwyspie Indyjskim. Napierający z północy islam, którego znakomici wojownicy dawno temu wdarli się na tereny Indii, podbijają wszystko na czym spoczął ich wzrok i zakładając swoje państwa i sułtanaty oraz rzeszę hindusów, którzy od wieków opierali się tej ekspansji, walcząc o zachowanie swej kultury i religii. Opowieść powoli dobiegała końca, rytm głosu zwalniał, ton cichł, aż w końcu opowieść ustała.
- Ech, gdybyż to Śiwadźi rozbił ostatecznie Mogołów... odzyskalibyśmy swoje ziemie, dla nas i naszych bogów – westchnął jeden z podróżnych, otulony białą jedwabna szarfą.
- Ocaliłby tyle pięknych świątyń. Tyle miejsc, tylu pielgrzymów. - dokończył smutno drugi. - Widziałem gruzy świątyni Narodzenia Kryszny w Mathurze. Widziałem co Aurangzeb zostawił z naszych świątyń. Zmienił je albo w meczety albo kupy gruzów.
Zgromadzeni pokiwali smutno głowami, powszechnie znano żarliwie wojującą religijność Wielkiego Mogoła. Jego bezkompromisowa i okrutna polityka była znana na całym półwyspie. Zakazał malowania słynnych mogolskich miniatur i nakazał zniszczenie nie tylko wizerunków żywych istot, ale nawet roślin. Nakazał burzenie świątyń innych wyznań, zamknięcie nie-islamskich szkół religijnych i zakazał praktykowania nie-islamskich religii pod karą śmierci.
- Podobno zniszczyli wszystkie świątynie w Varanasi. - wyszeptał ktoś z tylnego rzędu.
- Dość gadania o przeszłości, Imperium Mogołów upada, a jeśli nie teraz to wkrótce padnie. - wszystkie oczy zwróciły się na starszego mężczyznę - Persowie zajęli zachodnie rubieże, w Kaszmirze maharadża ogłosił niezależność, a na wschodzie... ba! Birmańczycy zajęli Bengal, zdobyli Delhi, a wszystko wyglądało, jak „Bitwa Siedmiu Łez”.
Informacje nie były nowe, wojny Mogoła były pilnie śledzonym i żywym tematem, szczególnie tu na pograniczu.
- Shah Alam ma wielką armię – odrzekł machając ręką, tak który odwiedził Mathurę – Mogołowie tak łatwo się nie poddadzą. Trzeba ich było dobić kiedy był po temu czas, ale po zajęciu Pune, Chatrapati nie miał już sił żeby zaatakować.
- Mogoł ma pusty skarb, podobno Armie Myanmaru zostawiły w Delhi tylko gołe ściany.
- Chodza słuchy, że ten sam Król Białych Słoni udzielił Mogołowi pożyczki... dziwne to wszystko, najpierw wszystko zabiera potem cześć oddaje...
- Nie ma się co dziwić – podjął ten starszy – W całych Indiach pola stoją odłogiem, skarby królewskie opustoszały, ludzi do pracy brak. Podobno w jednej bitwie padało kilkadziesiąt tysięcy ludzi... Te wojny zrujnowały nas wszystkich – zgromadzeni pokiwali głowami, znając z doświadczenia głód i biedę jaka zagościła w Indiach. Część z nich właśnie dlatego teraz siedział przy ognisku na trakcie, szukali pracy i zarobku daleko od swych domów, w których głodowały ich dzieci... - Bez pieniędzy nie ma armii, a Imperium nie ze wszystkim podpisało pokój. Persja i Maratowie zgodzili się tylko na zawieszenie broni, gdy zbiorą siły znów zaatakują. Mówię wam, to jeszcze nie koniec wojny... Imperium podupadło, ale jeszcze stanie na nogach, Shah Alam ma jeszcze siłę, żeby skarcić niepokornych maharadżów. A potem pójdzie na nas, na południe.
Dlaczego akurat na nas?
- zapytał Sotha.
- Persja dostała w skórę, ale jest za silna. O Myanmarze nie ma co wspominać, to potęga, której nic nie złamie, podobno nawet biali mu się poddali... Gdy Mogoł skończy z Kaszmirem, będzie chciał odzyskać co stracił.
- Nasz Peśwa to nie byle młokos, który na widok ogromu armii mogolskiej podwinie ogon i ucieknie, Wisznu dobrą karmą go obłożył i czuwa nad nim.
- odezwał się ktoś, najwyraźniej pochodzący z Imperium Maratów.
- Naprawdę biali poddali się Myanmarowi? - zapytał młodzik z niedowierzaniem. W Indiach znane były przypadku kiedy miejscowi zajmowali kolonie, nawet sam Śiwadźi walczył z europejczykami, jednak nadal budziło to wielkie zainteresowanie.
- Nie poddali się. - odezwała się postać siedząca z tyłu, wszyscy odwrócili się żeby spojrzeć na mówiącego. - Myamnamr dostał plote... ktote.. - protektorat, teatralnym szeptem dodał jego towarzysz – o właśnie protektorat, nad francuzami. Dlatego uciekliśmy z Pulicat. Na wybrzeżu koromandelskim wrze, biali uważają że ich król ich sprzedał i nie godzą się na plo... na władze dzikusów. Podobno milicja już szykuje się do odparcia Myanmaru i wszystkich, którzy będą chcieli wkroczyć. Chodza też słuchy, że całe wybrzeże ma się zbuntować, że będzie wielkie powstanie i w ogóle pogonią wszystkim kota. Nie wiem ile w tym prawdy, ale woleliśmy nie sprawdzać... Myanmar nie da soje krów popędzać, to oni zagwarantowali pokój z Imperium Wielkich Mogołów, a oni z kolei skorzystają zęby odbić stracone ziemie. Tak czy inaczej na wybrzeżu nie będzie wesoło.
Wszyscy siedzieli chwilę w milczeniu wpatrując się w płomienie.
- Myanmar sobie poradzi, podobno już wysłali listy do kolonii, to potężne, bogate państwo, sypną złotem i załatwią sprawę. Nie na darmo wykradli skarb mogołów. - odezwał się w końcu ten starszy.
Na krańcu obozowiska zapanował nagłe zamieszanie, po chwili od strony traktu nadeszło jeszcze kilku mężczyzn.
- Salam alejkum! - przywitał się prowadzący grupę brodaty mężczyzna, najwyraźniej muzułmanin. - Możemy skorzystać z waszej gościny?
Zgromadzeni przy ognisku popatrzyli po sobie wilczymi spojrzeniami, ognie odbite w źrenicach ukryły nieprzyjazne błyski.
- Witamy, witamy zmęczonych podróżnych, skąd droga niesie?
- Z Hyderabadu - odpowiedział brodacz. Nowo przybyli rozproszyli się wzdłuż ogniska wyciągając zbolałe nogi i odkorkowując bukłaczki z wodą. - idziemy na południe, szukać jakiegoś lepszego miejsca. Północ przestała być przyjazna dla wyznawców Allaha. Poszukamy szczęścia w Imperium Maratów.
- Jakby południe było bardziej przyjazne
- pomyśleli zgromadzeni ale odezwał się ten starszy – szczęścia tam nie znajdziecie, lepiej idźcie na zachód. Przez ostanie lata na południe przeniosło się mnóstwo ludzi. Szczególnie dużo muzułmanów uciekło po upadku Delhi, a na południu też się wojny dały we znaki. Ludzie są niechetni. Bogatsi przenieśli się wcześniej zbudowali meczety, ale na południu nie chcą kolejnego sułtanatu. Pod murami Pune już doszło do zamieszek, gdy osiedli tam muzułmanie, mieszkańcy przegnali ich z powrotem. Za dużo już wyznawców Allaha na południu, lepiej idźcie na zachód, tam was przyjmą.
Brodacz westchnął przeciągle:
- To samo w Hyderabadzie, ostatnio zamordowali tam maharadżę, wina poszła na muzułmanów, zanim się zorientowaliśmy zaczęto nas przeganiać jak wściekłe psy. Teraz gdy wkroczyły armie Myanmaru wszystko się uspokoiło. Żołnierze Mandali trzymają wszystkich za gardło, gwarantują spokój i przestrzeganie prawa. Może niedługo będzie można wrócić, gdy sytuacja się uspokoi.
Widząc, że sytuacja zmierza w zupełnie nieodpowiednim kierunku, sotha wkroczył do akcji:
- Nie martwcie się, znajdziecie dom i spokojne miejsce, odpocznijcie teraz wśród przyjaciół na spokojnym i bezpiecznym trakcie, pod gwiazdami, które wszystkim sprawiedliwie świecą.
To rzekłszy podał lulkę tytoniu brodaczowi. Po kilku dalszych zdaniach nastroje się poprawiły, lulka krążyła, a humory wracały. Niedługo potem pod wodza sothy wszyscy zgromadzeni zaczeli nucić a potem śpiewać. Piosenka była starannie wybrana i nawiązywała do miejscowego folkloru, tak aby mogli ją śpiewać zarówno muzułmanie jak i hindusi.
W pewnym momencie z ust starszego mężczyzny dobiegł, mrożący krew w żyłach krzyk, wrzask jakiego podróżni nigdy nie słyszeli, był to jhirni - krzyk śmierci. Na ten znak, zbiry rzuciły się na innych podróżnych, rumale białe i żółte szale stały się teraz śmiertelną bronią, zarzucone na szyje niczego niespodziewających się ofiar. Rumal miał na dwóch końcach węzły, żeby się nie wyślizgnąć. Bractwo zbirów, z doskonale wytrenowaną sprawnością, szybko obezwładniło pozostałych podróżnych, atakowali pielgrzymów po trzech na jednego. Dusiciel bhartote owijał szal wokół szyi ofiary i dusił ją. Pomagał mu drugi ze zbirów chamolhi, który chwytał ofiarę za nogi i przewracał na twarz, pozostali obezwładniali duszonych – kopali i krępował. W całym obozie w ten sposób zabijano wszystkich podróżnych. Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund...
_________________
Life's like a movie, Write your own ending, Keep believing, Keep pretending
  Obóz polityczny: piwny Monarchia: absolutna Wyznanie: inne chrześcijańskie
 
Skryba 
Big Bad Burrito


Gadu-gadu: 6829904
Dynastia: Petrusowicze
Posty: 3020
Wysłany: 14-04-2010, 10:48   

1729

Po upadku Maroka i podporządkowania młodej dynastii Alawitów rządom francuskim, na rozbitym południu po raz pierwszy może dojść do dzieła unifikacji. Górski lud Chleuh wypierany na południe przez Francuzów, mimowolnie musiał wywalczyć sobie nowe siedziby. Wybrany plemienny wódz pochodził jednak z tuareskiego szczepu. Zwie się on Inan Uthman al-Hasan. Był to mądry ruch ze strony Chleuh, gdyż zagwarantowali sobie poparcie tego pustynnego, potężnego berberyjskiego plemienia. Tuaregowie są interesującą grupą, sami nazywają siebie „Kel tagoulmoust” oznaczającą ludzi noszących zasłonę („zasłaniający twarz”)
Zajmują się wypasem owiec, kóz i wielbłądów, oraz transportem karawanowym. Prowadzą koczowniczy tryb życia. Od tysięcy lat zajmowali się łapaniem niewolników, handlowali już z Rzymianami, Europejczykami (dzięki temu mieli istotny wkład w niewolnictwo w Ameryce). Kobieta ma silną pozycję w społeczności: mimo że Tuaregowie są muzułmanami, obowiązuje u nich zasada matriarchatu, w przeciwieństwie do innych ludów muzułmańskich, to mężczyźni zakrywają twarze fragmentem swego turbana.


Inan Uthman al-Hasan


Nowy władca ma przed sobą wielkie perspektywy, a na razie pod względem oręża nie ulegają mu jedynie nadmorskie miasta... ale i to może się zmienić.
_________________
Life's like a movie, Write your own ending, Keep believing, Keep pretending
  Obóz polityczny: piwny Monarchia: absolutna Wyznanie: inne chrześcijańskie
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Klikaj codziennie, pomóż potrzebującym
opowiadania,fantastyka   Klub Miłośników Fantastyki Aletheia

Strona wygenerowana w 0,75 sekundy. Zapytań do SQL: 8